Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Dryfując przez 117 dni na oceanie

Niezwykle fascynujące są historie ludzi, którym udało się przeżyć na otwartym oceanie, przez całe tygodnie a nawet miesiące. Pozbawieni żywności i wody, na tratwach ratunkowych, musieli oni walczyć o przeżycie, będąc zdanymi wyłącznie na siebie.

Rozbitkiem, którego uważa się za rekordzistę, jeśli chodzi o ilość dni spędzonych na tratwie na oceanie jest Chińczyk Poon Lim. W czasie II wojny światowej był on stewardem na brytyjskim statku handlowym s/s Ben Lomond. Jednostka została zatopiona przez U-boota U-172, na Atlantyku około 750 mil od ujścia Amazonki. Z liczącej 55 osób załogi uratowano 11 marynarzy, jednak Poon Lim nie został zauważony przez ratowników. Po spędzeniu dwóch godzin w wodzie znalazł on drewnianą tratwę, a w niej niewielkie ilości żywności i wody pitnej. Poon Lim dryfował samotnie po oceanie przez 133 dni, aż wreszcie został wypatrzony przez rybaków z brazylijskiego kutra. Podczas swojej tułaczki stracił 9 kilogramów wagi, ale był cały i zdrowy.

Współcześnie było kilka zdarzeń zagubienia na morzu przez rekordowy czas. W 1989 roku czteroosobowa załoga trimaranu Rose Noelle dryfowała na  Pacyfiku, na wschód od wybrzeży Nowej Zelandii, na przewróconym jachcie przez 119 dni. Zupełnie niedawno, w 2006 roku, trzech meksykańskich rybaków, po utracie kontroli nad kutrem, zostało uniesionych przez prąd w głąb Pacyfiku i spędzili na nim 9 miesięcy. Zostali odnalezieni przez azjatyckich rybaków w odległości 5500 mil morskich od wybrzeży Meksyku.

W obu przypadkach, rozbitkowie mogli jednak skorzystać z pomocy jednostek, którymi wypłynęli w morze.

Najbardziej dramatycznym, a jednocześnie pouczającym, że będąc rozbitkiem nigdy nie należy tracić nadziei, jest przypadek małżeństwa Maurice i Maralyn Bailey.

W 1967 roku brytyjskie małżeństwo Maurice i Maralyn Bailey, sprzedało swój dom, kupiło jacht i zamieszkało na nim. W czerwcu 1972 roku rozpoczęli oni swoją pierwszą wyprawę morską do Nowej Zelandii. Będąc już na Pacyfiku, po zderzeniu z wielorybem, ich jacht zatonął, więc musieli się schronić na tratwie ratunkowej i małym pontonie. Na oceanie, walcząc po przeżycie spędzili 117 dni. Po uratowaniu opisali swoją dramatyczną przygodę. Wspomnienia te zostały nawet przetłumaczona na język polski i wydane przez Wydawnictwo Morskie w odległym 1976 roku, jednak od tego czasu historia ta została praktycznie zapomniana.

Warto więc ją przypomnieć. Oryginalny tekst liczy 150 stron, ja korzystałem z angielskiego streszczenia.

Bailey’owie wypłynęli z Southampton do portów w Hiszpanii i Portugalii, potem znaleźli się na Madeirze, by stamtąd rozpocząć rejs poprzez Atlantyk aż na Morze Karaibskie. Byli zadowoleni z dzielności morskiej swojego jachtu „Auralyn”. W 1973 roku zakotwiczyli na dłużej w Panamie, gdzie zgromadzili prowiant przed czekającą ich podróżą przez Pacyfik.

– Wypłynęliśmy z Panamy wraz z resztkami północno-wschodniego wiatru na kursie, który powinien był nas zabrać na Wyspy Galapagos, oddalone o jedynie dziesięć dni żeglowania na południowy-zachód – wspomina Maurice.

Przed nami był piękny i szeroki Pacyfik – ciepły, błękitny i spokojny – obiecujący nam to wszystko, o czym dotąd marzyliśmy. Po trzech dniach wiatr ustabilizował się i wiał lekko z południowego-wschodu, co sprawiło, że po raz pierwszy od opuszczenia wschodniego Atlantyku mogliśmy wreszcie rozwinąć pełne żagle. Cudownym uczuciem było żeglować poprzez spokojne morze.

Nasz szósty dzień na morzu, 4 marca 1973, poprzedziła jedna z tych idealnych nocy z lekkim wiatrem, czystym niebem i spokojnym morzem, ale już tylko siedem godzin dzieliło nas od momentu katastrofy !

Przy zmianie wachty o 4 rano zwróciłem uwagę Maralyn na światło na horyzoncie, odrobinę na lewo od naszego kursu.

„To widocznie jakiś statek” – powiedziałem, niepewny, czy będzie nam dane spotkać pierwszy statek, odkąd opuściliśmy Panamę. „Pozostanę na pokładzie dopóki się nie miniemy”.

Kiedy podpłynęliśmy bliżej, okazało się, że jest to duży rybacki statek baza, jasno oświetlony, z łodzią pomocniczą krążącą wokół statku-matki. Za pomocą silnego szperacza oświetlał on morze dookoła. Maralyn zasugerowała, że powinniśmy zmienić kurs, aby ominąć statek. Było niewielkie niebezpieczeństwo, że znajdziemy się na kursie kolizyjnym, ale tak czy inaczej, odbiłem trochę z kursu. Kiedy statek znalazł się na naszym trawersie, jego szperacz przez chwilę zabłysnął na naszych żaglach. Zastanawialiśmy się, co łowi ten statek. Zaledwie kilka godzin później, skojarzyliśmy w naszym nieszczęściu, że musiał być to okręt wielorybniczy. Z jednostką pozostawioną za rufą, wróciłem do mojej koji, zadowolony, że mogę wreszcie odpocząć po trudach nocnej wachty.

Po zdawałoby się kilku minutach, poczułem że Maralyn szarpie mnie.

„To twoja wachta”, odpowiedziała. „Jest już siódma”.

Słońce dopiero unosiło się nad horyzontem. Maralyn właśnie rozpaliła kuchenkę i zaczęła krzątać się przy śniadaniu. Jeszcze wpół senny, poczułem nagłe uderzenie w lewą burtę i huk, który zatrząsł łodzią jak mała eksplozja. Zaalarmowana Maralyn rzuciła się na pokład, podczas gdy ja, teraz już w pełni rozbudzony, pospieszyłem za nią wygrzebując się pospiesznie z koji.

„To wieloryb”, krzyknęła Maralyn, „i jest ranny”. Wbiegłem na pokład i ujrzałem potwora, który rzucał się dziko za naszą burtą, pozostawiając za sobą w wodzie czerwony ślad krwi. Widok był przerażający : wielka płetwa ogonowa, w każdej sekundzie mogła roztrzaskać cały nasz jacht.

„Czy to my go zraniliśmy ?”, zapytała Maralyn, nie zdając sobie sprawy, że to nasz jacht ucierpiał znacznie bardziej w całym zdarzeniu. Wieloryb, który tłukł ogonem o powierzchnię morza, rozbryzgując wodę w pianę, nagle zanurkował, pozostawiając nas wśród zabarwionych krwią fal. Zapadła dziwna cisza.

„Zapomnij o wielorybie”, krzyknąłem. „Musimy sprawdzić, jakie zrobił nam uszkodzenia”.

Na dnie kokpitu było już mnóstwo wody, więc musiałem szybko ustalić, gdzie znajduje się przeciek. Wkrótce znalazłem dziurę : długą na około czterdziestu centymetrów i szeroką na około trzydziestu. Znajdowała się ona poniżej linii wodnej, w kambuzie, na lewej burcie. Przerażony, zacząłem badać uszkodzenie i zastanawiać się, co możemy z nim zrobić. Maralyn była już przy pompie zęzowej.

„Przynieś zapasowy szot foka z ciężką szaklą”, krzyknąłem.

Maralyn, która już uświadomiła sobie grożące nam niebezpieczeństwo posłusznie wykonała moje polecenie. Sam szybko chwyciłem szoty, żeby jak najszybciej zrzucić grota.

Kiedy zrzuciliśmy wszystkie żagle łódź zwolniła do dwóch, trzech węzłów. Na foredeku Maralyn przypięła szot do rogu grota, podczas gdy ja spiąłem lik i opuściłem żagiel przez dziób, tak by maksymalnie odsłonić kil. Jeden z żagli przeciągnęliśmy na rufę, żeby zakryć nim dziurę. Końcówki żagla przywiązaliśmy po obu burtach.

Wgramoliliśmy się na rufę i przez dziesięć minut, jak szaleni, pompowaliśmy wodę, by obniżyć jej poziom w kokpicie.

„Woda nie opada”, wysapała Maralyn. „Spróbujmy ręczników – wciśnijmy je do dziury”

Nawet wówczas nie wierzyliśmy, że jacht może zatonąć. Wepchnęliśmy ręczniki w dziurę, ale na nic się to zdało. Poziom wody wciąż wzrastał. Być może uszkodzenia były też w innych miejscach. Być może to kształt kadłuba, z jego podwójnym kilem powodował, że nasze spreparowane pospiesznie łaty nie skutkowały.

Minęło zaledwie czterdzieści minut, gdy dotarła wreszcie do nas cała groza sytuacji. Patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem.

„Będziemy musieli opuścić jacht”

Gdy zrozumieliśmy, że uratowanie Auralyn przekracza nasze siły, nagle doszło do naszej świadomości, jak bardzo kochaliśmy tę łajbę. Nie czuliśmy strachu. Wiedzieliśmy, że możemy przeżyć w tratwie ratunkowej. Byliśmy blisko szlaków żeglugowych, nie powinno być problemów z napotkaniem jakiegoś statku. Zacząłem zwalniać tratwę ratunkową Avron i mały gumowy ponton, podczas gdy Maralyn zaczęła zbierać najpotrzebniejsze rzeczy : żywność i narzędzia. Wrzuciła wszystko, co mogła chwycić do dwóch marynarskich worków i razem z naszym zestawem ratunkowym, wrzuciła je na tratwę. Ja z kolei pozbierałem wszystkie nasze pojemniki z wodą, które mogłem znaleźć i wrzuciłem je na ponton. Pracowaliśmy szybko i w milczeniu. Nie było paniki.

Minęło dopiero pięćdziesiąt minut od momentu, gdy zaatakował nas wieloryb, ale dla nas była to cała wieczność. Opuszczaliśmy Auralyn po raz ostatni. Z wielkim bólem obserwowałem, jak wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy powoli znika pod wodą aż po czubek masztu.

Nie chcieliśmy innego życia, oprócz tego, w którym jako wolni ludzie żeglowaliśmy przez oceany. A teraz to wszystko przepadło – nasze marzenia, nasza wielka przygoda. Czułem, jakby w tym momencie moje życie po prostu się zatrzymało. Nic już dla mnie nie było ważne.

Ale największa przygoda była dopiero przed nami.

Kiedy Auralyn zniknęła pod falami poczuliśmy się bardzo samotni na wielkim oceanie. Z całego jachtu pozostały jedynie jakieś drobne przedmioty, które unosiły się na wodzie. Żadne z nas nie odzywało się ani słowem, byliśmy zatopieni we własnych myślach. Maralyn starała się czymś zająć, wprowadzając na tratwie jakieś drobne porządki, podczas gdy ja wiosłowałem w pontonie pomiędzy unoszącymi się pozostałościami wyposażenia jachtu, odnajdując jeszcze cztery pojemniki na wodę, jeden z naftą i jeden z alkoholem. Podpłynąłem następnie do tratwy i przywiązałem do niej ponton na lince dwudziestopięciostopowej, następnie wrzuciłem do wody dryf-kotwę, jej koniec przywiązując do tratwy. Moje ruchy były powolne i ciężkie, psychicznie wciąż byłem w stanie szoku i głębokiego przygnębienia.

Odpocząłem chwilę i spojrzałem na Maralyn. Płakała. Pierwszy raz w życiu czułem czystą rozpacz i całkowitą bezradność.

„Jesteśmy blisko szlaków żeglugowych”, powiedziałem z ufnością, której nie odczuwałem. „Wkrótce ktoś nas zobaczy”. (C.D.N)

/Na podstawie : M.M. Bailey – „117 days adrift” – tłum. własne)

 

 

Skomentuj artykuł