Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Dryfując przez 117 dni na oceanie (część 2)

 

            Po pewnym czasie usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o wypadku. Jak mogło do niego dość ? Rozmyślaliśmy o wielorybie, którego uznaliśmy za kaszalota, o długości około 12 metrów. Chociaż nie widzieliśmy jego rany, byliśmy pewni, że to nie kadłub naszego jachtu ją spowodował. Dziura w burcie powstała prawdopodobnie od uderzenia jego ogona. Maralyn, która miała wachtę, była na pokładzie. Wszystko stało się w momencie, gdy zeszła do kokpitu więc nie widziała wieloryba. Byliśmy pewni, że zwierzę wynurzyło się obok naszego jachtu i zaraz potem zaatakowało go ogonem. Dowodem na to był fakt, że nie widzieliśmy innej krwi, poza tą, która znajdowała się w pobliżu naszej Auralyn.

Co zatem zraniło wieloryba i dlaczego postanowił nas zaatakować ? Wróciliśmy myślami do statku rybackiego, który mijaliśmy dosłownie kilka godzin wcześniej. Przypomnieliśmy sobie jego wielkość, jego pracę, jego użycie szperaczy i łódź, która mu towarzyszyła. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że musiał to być statek wielorybniczy i to właśnie z nim zaczęliśmy łączyć nasze nieszczęście. Sądziliśmy, że to ta jednostka albo jej łódź zraniła harpunem wieloryba, w momencie, kiedy przepływaliśmy obok. I przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności zraniony wieloryb na nas wyładował swoją agresję. Być może płynął za nami całą noc i dokonał zemsty na naszym kadłubie, wczesnym świtem. A być może mieliśmy po prostu pecha.

Rozważaliśmy kilka teorii, ale żadna nas do końca nie przekonywała. Być może kaszalot zaatakował nas z powodu czerwonej barwy farby antyporostowej. A może był też drugi wieloryb i to on zranił naszego winowajcę. Nie mogliśmy jednocześnie wyrzucić z pamięci obrazu statku wielorybniczego i jego szperacza. Być może szukano właśnie wieloryba, który im uciekł. Zauważyliśmy, że jeszcze zanim statek zniknął za horyzontem szperacz został wyłączony podobnie jak większość świateł na pokładzie.

Maralyn :

W ciągu godziny wszelkie ślady naszego jachtu zniknęły z powierzchni wody. Maurice rozłożył wszystkie nasze uratowane rzeczy w pontonie, ja to samo zrobiłam w tratwie ratunkowej. Położyłam sekstans a obok niego plastikowe pojemniki z konserwami. Miałam też worek z odzieżą i plastikowy pojemnik z naszymi książkami i dziennikami. Wreszcie dwa trzylitrowe zbiorniki z wodą.

Nie miałam nic innego do roboty więc przekonałam Maurice’a, żeby przeszedł na tratwę, która stanowiła ochronę przed promieniami słońca, choć nie przed upałem.

Tego pierwszego popołudnia cicho rozmawialiśmy kilka godzin, oceniając swoją pozycję. Na pustej kartce naszego dziennika zrobiłam listę całej naszej żywności. Ostrożnie porcjując, mieliśmy jedzenia na około dwadzieścia dni i na tyleż samo czasu wody. Zaczęliśmy rozmawiać o losach innych rozbitków i Maurice przypomniał sobie wypadek, gdzie ludzie zostali podjęci po dwudziestu dniach. Odnotowano też zdarzenie, kiedy rozbitkowie dryfowali przez około dziewięćdziesiąt dni.

Byłam optymistką. Śledziłam nasz kurs przez całą drogę z Panamy i wiedziałam, że znajdujemy się gdzieś niedaleko Wysp Galapagos. Kiedy pokonujesz przez ocean tysiące mil, to trzysta mil wydaje ci się niczym. Zaledwie trzy czy cztery dni żeglugi. Maurice nie był już jednak tak optymistycznie nastawiony, ponieważ lepiej znał prądy i wiatry. Zdawał sobie sprawę z grozy naszej sytuacji, ale nie dzielił się tym ze mną.

Usadowiliśmy się w naszej tratwie tak wygodnie, jak było to możliwe i zanim słońce doszło do zenitu zjedliśmy śniadanie, które składało się z czterech sucharów, każdy posmarowany grubo margaryną i marmoladą. Na obiad zjedliśmy garść orzeszków ziemnych a na kolację konserwę, którą rozdzieliliśmy sprawiedliwie na pół.

W ostatnim momencie, gdy opuszczaliśmy jacht złapałam jeszcze butlę gazową. Niestety, gaz był już częściowo zużyty i nie mieliśmy zapasowych pojemników. Jednak rozważnie korzystanie z butli mogło nam pozwolić podgrzać nasz zapas puszek. Wrzuciłam więc zawartość jednej z konserw do małego rondla i podgrzałam mięso przez trzy, cztery minuty. Nabrałam łyżkę, po czym to samo zrobił Maurice. Dzieliliśmy tak jedzenie, aż się skończyło. Puszka jednak nie wystarczyła i wciąż byliśmy bardzo głodni. Okazjonalnie więc przegryzaliśmy też po sucharze czy daktylu.

W naszym zestawie ratunkowym umieściłam dwie plastikowe butelki, każda po litrze wody. Jedna z takich butelek miała stać się naszą dzienną racją. Kiedy się opróżniała, wypełnialiśmy ją z większego zbiornika, który był na pontonie.  Na śniadanie mieszaliśmy z wodą około trzy łyżeczki kawy, a potem sączyliśmy to z butelek. Reszta była wypijana po kolacji. Stwierdziliśmy, że nasze pragnienie było lepiej zaspokajane, gdy wypijaliśmy całą naszą dzienną rację za jednym razem.

Opuszczając jacht ocaliłam dwie książki. Jedną z nich było „Podróżowanie” Erica Hiscocka, z autografem, który pewnego dnia dostałam od autora. Drugą z książek była powieść historyczna „Ryszard III” Paula  Kendalla Murraya. Wiele godzin spędziliśmy wspominając różne książki, zawsze zaczynając nasze wywody od słów „A czytałeś…”.

Mogliśmy teraz opowiadać każdą z tych historii w drobnych szczegółach. Przypomniała mi się historia życia Eleonory Akwitańskiej; była ona uwięziona przez szesnaście lat przez swojego męża, a to jak potrafiła ona zajmować swoje myśli w tym czasie, było fascynujące. Inna historia dotyczyła amerykańskiego żołnierza pojmanego podczas wojny koreańskiej, który był następnie przetrzymywany przez długi czas w samotności. Żeby nie zwariować, projektował i budował w swoich myślach dom swojej przyszłości. Ta ostatnia historia nasunęła mi pomysł, że ja również mogę zajmować swój obecny czas, projektując w myślach nasz przyszły jacht.

Maurice :

Słońce było coraz wyżej na niebie i upał stał się bardziej odczuwalny. Ogarnęło nas rozleniwienie. Rozwinąłem mapę i starałem się określić naszą tragiczną pozycję. Byliśmy rzeczywiście dość blisko szlaku żeglugowego. Oceniałem, że znajdowaliśmy się 250 mil na północ od Ekwadoru i 300 mil na wschód od Wysp Galapagos, które były zbyt daleko na północy, aby zachodni prąd zniósł nas na nie.

Wiatr jednak wiał z południowego wschodu i chociaż nie był zbyt silny, mógł nas znieść jeszcze dalej na północ. Aby dostać się na Galapagos musielibyśmy wiosłować. Ale czy bylibyśmy w stanie wiosłować sto mil w kierunku południowym, aby dotrzeć do wysp ? Zabrałoby to nam około dwunastu dni, by osiągnąć ich długość geograficzną, płynąc jakieś dwadzieścia pięć mil dziennie. Kalkulacje te zależały oczywiście od tego, że zarówno prąd jak i wiatr pozostaną stałe. Czy bylibyśmy zdolni wiosłować na pontonie z tratwą uwiązaną z tyłu ? A może porzucić tratwę, żeby dać sobie lepsze szanse ?

Przestałem zastanawiać się nad tym problemem i skupiłem się na tym, że za kilka dni powinniśmy przeciąć szlak żeglugowy.

Po południu zauważyliśmy lekki spadek ciśnienia w tratwie, więc podpompowałem komory pompką, którą mieliśmy z zestawie ratowniczym. To mi uświadomiło jak bardzo wrażliwą była nasza sytuacja. Tylko dwie małe tratwy utrzymywały nas na powierzchni wielkiego oceanu.

Tratwa składała się zasadniczo z dwóch złączonych ze sobą owalnych komór dając nam przestrzeń około półtora metra średnicy. Podłoga przyklejona była do dolnej części ich obwodu. Pod tratwą przyczepiona była butla z CO2 i trzy kieszenie stabilizujące. Półokrągła pompowana komora, która przebiegała poprzez tratwę była przyczepiona do górnej komory i na niej opierało się jasno-pomarańczowe płótno, które przykrywało całą tratwę.

Z kolei ponton zrobiony był z grubszego szarego materiału powleczonego gumą. Miał kształt łodzi o około 2,5 metra długości. Podzielony był na dwie oddzielne komory z nadmuchiwanym siedzeniem pośrodku pontonu. Miał dwie gumowe dulki, dwa wiosła i  pompkę.

Zdecydowaliśmy się wiosłować w nocy. Celem było osiągnięcie nawietrznej strony Wysp Galapagos, tak by wiatr zniósł nas po prostu na nie. Po trzech nocach przepłynęliśmy jednak w kierunku południowym zaledwie cztery mile. A w tym czasie pokonaliśmy w dryfie około trzydziestu mil. Gdy dotarło to do nas, przestaliśmy wiosłować. Zrobiliśmy za to zaimprowizowany żagiel z wioseł i płótna żaglowego worka marynarskiego. Mieliśmy nadzieję na jak najszybsze dotarcie do szlaku żeglugowego i ratunek przez jeden z przepływających statków.

Zauważyliśmy też, że wokół nas przepływa wiele żółwi.

Maralyn :

Nasz pierwszy tydzień zbliżał się ku końcowi. Dni mijały dość szybko, ponieważ wciąż byliśmy czymś zajęci, a wszystko co się działo, było dla nas nowe i dziwne.

Widzieliśmy wiele żółwi, które wyglądały jak prehistoryczne stwory. Zadziwiało nas to, że w ogóle się nas nie bały. Pływały swobodnie wokół naszej tratwy a potem znikały pod powierzchnią wody. Ocierały się i odbijały od naszego dna a potem pojawiały się z drugiej strony. Kiedy minął nasz pierwszy zachwyt i radość zaczęliśmy się martwić, że przyczepionymi do pancerza muszlami mogą nam zniszczyć tratwę. Czy to ciągłe ocieranie nie spowoduje w końcu rozdarcia dna tratwy ? Kiedy więc następny żółw próbował do nas podpłynąć, odepchnęliśmy go w przeciwnym kierunku. Ale żółwie były uparte i wciąż powracały. Zdenerwowani i sfrustrowani zaczęliśmy walić je po głowach wiosłem. Takie potraktowanie zdziwiło je i przynajmniej przez dziesięć minut trzymały się od nas z daleka. Potem znów wróciły. W końcu między nami i żółwiami rozgorzała już regularna walka.

Wspomniałam Maurice’owi, że moglibyśmy jednego z nich złapać i zjeść, ale wciąż mieliśmy sporo konserw, więc Maurice postanowił na razie je oszczędzić, aż do czasu, gdy ich zabicie będzie absolutnie konieczne.

Maurice :

Zastanawialiśmy się, dlaczego nasza tratwa była dla żółwi taka atrakcyjna. Czy stanowiła ochronę przed słońcem, czy też ocierając się o jej płótno zwierzęta starały się pozbyć ze swoich pancerzy pasożyty. Wczesnym popołudniem usłyszeliśmy w naszym świecie pełnym ciszy dźwięk podobny do tego, gdy ktoś chwyta powietrze. Nagle skrzynka z sekstansem na naszej tratwie podskoczyła do góry, potem było kolejne uderzenie spod spodu i znów kolejne. W końcu uderzenia stały się tak regularne, że zaczęliśmy nieustanie podskakiwać do góry. Potem znów nastąpił świst, gdy żółw wypłynął na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza.

Praktycznie jednocześnie podjęliśmy decyzję, że złapiemy zwierzę dla jego mięsa.

Maralyn :

Jedliśmy właśnie śniadanie na tratwie, kiedy zobaczyłam statek ! Krzyknęłam głośno do Maurice’a; ratunek był na wyciągnięcie ręki. Statek był około dwóch mil i wciąż się zbliżał. W nikłym świetle poranka wydawał się jak okręt marzeń. Osiem dni spędzonych na tratwie i wreszcie nasza udręka się skończy !

Maurice przeszedł na ponton i skrócił linkę miedzy nim a tratwą. W tym czasie ja zbierałam wszystkie nasze flary i ułożyłam je przed sobą gotowe do użycia. Statek okazał się być małym kutrem rybackim albo też prywatnym jachtem i na swoim obecnym kursie mijał nas w odległości około mili.

Kiedy zrównał się z nami Maurice poprosił o pierwszą flarę – z rosnącym podnieceniem wręczyłam ją mężowi. Oderwał papier, uruchomił zapalnik – i nic się nie stało. Przez długie sekundy gapiliśmy się na bezużyteczny przedmiot i wreszcie z okrzykiem zniecierpliwienia Maurice wyrzucił ją do morza. „Jest niewypałem, po prostu niewypałem”. Dałam mu więc drugą flarę i tym razem odetchnęliśmy z ulgą, kiedy udało się ją zapalić. Gdy jej płomień zaczął przygasać dałam mu czerwoną flarę. Nie było żadnej odpowiedzi ze statku i wciąż podążał on swoim kursem. Trzecia flara zgasła a wraz z nią nasze nadzieje.

„Ile jeszcze flar pozostało ?”

„Trzy, dwie białe i jedna czerwona.”

„Daj mi jeszcze jedną – w końcu muszą nas zobaczyć !” Ale widziałam, że łódź odpływa coraz dalej. Nikt nas nie dostrzegł. Użycie kolejnych dwóch flar było po prostu bezcelowe.

Kiedy Maurice usiadł przygnębiony w pontonie, ja zaczęłam jeszcze machać kurtką. Lecz wiedziałam, że nie ma to sensu. Po kilku minutach Maurice poprosił mnie, żebym przestała i oszczędzała energię. Niechętnie przystałam na jego prośbę.  Tymczasem na falach na horyzoncie widać już było tylko maszt statku a po kilku minutach znów byliśmy sami na oceanie.

Na podstawie : „117 days adrift”. Tłum. własne.

Skomentuj artykuł