Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Dryfując przez 117 dni na oceanie (część 3)

Maurice :

Statek odpłynął. Nie zauważył nas. Pierwszy raz w życiu czułem prawdziwe współczucie dla Maralyn, gdy widziałem w jej oczach rozczarowanie i smutek. Byliśmy coraz bardziej przygnębieni i nic nie było w stanie ulżyć naszej rozpaczy. Skończyliśmy posiłek w milczeniu.

Nasze położenie stawało się z każdym dniem coraz bardziej krytyczne, kończyło nam się jedzenie a jeśli nie spadłby deszcz musielibyśmy ograniczyć nasze dotychczasowe racje wody o połowę.

Gdy odpoczywaliśmy w południowym upale, rozmawialiśmy o statku i powodach, dlaczego nas nie zobaczył. Doszliśmy do wniosku, że było zbyt wcześnie (8 rano) i załoga musiała spożywać śniadanie, prawdopodobnie pozostawiając jednostkę na auto-pilocie.

Potem rozmowa zeszła na jedzenie i żółwia, którego wciąż mieliśmy w pontonie. Kończył nam się gaz a poprzedniej nocy z ledwością udało mi się podgrzać konserwę. Pozostałe puszki musieliśmy już zjeść na zimno. Zasugerowałem, że możemy użyć mięsa żółwia jako przynęty na ryby, aby urozmaicić naszą dietę, ale niestety nie zapakowaliśmy w Panamie do swojego ekwipunku ani haczyków ani żyłki.

O świcie zaczęliśmy zastanawiać się, jak zabić żółwia. Nasze narzędzia były proste : nierdzewny marynarski nóż, dość ostry scyzoryk oraz para stalowych nożyc.

Gad leżał na dnie pontonu i był całkiem spokojny. Robiło nam się niedobrze na myśl, że musimy go zabić, aby samemu przeżyć.

„Spróbuję go ogłuszyć”, powiedziałem. Pomyślałem sobie, że w tym stanie nie będzie walczył i zabicie go pójdzie całkiem łatwo.

Podniosłem żółwia na skraj pontonu, tak że wystawiał swoją głowę nad wodą. Bardzo się zdziwiłem, że inaczej niż jego kuzyni lądowi, nie może on schować całkowicie głowy pod pancerz. Jego łeb, brzydki ale na swój sposób fascynujący, pozbawiony był zębów. Żałowałem, że nigdy nie interesowałem się budową żółwi lądowych.

Wziąłem zamach wiosłem i z głośnym trzaskiem uderzyłem w czaszkę żółwia. Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Żółw wreszcie przestał się ruszać, był ogłuszony. Nie wydał nawet dźwięku, dla naszych uszu był całkowicie niemy.

Maralyn :

Wiedziałam, że jedynym sposobem zabicia żółwia było poderżnięcie mu gardła albo ucięcie głowy. Wiedziałam też, że to ja muszę to zrobić bo Maurice przytrzymywał zwierzę. Nie chciałam go zabijać, był taki przyjazny i bezbronny. Ale musieliśmy być praktyczni i bezlitośni, jeśli chcieliśmy przeżyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie można tego odkładać w nieskończoność. Zgodziłam się dokonać rzezi.

Maurice ogłuszył żółwia, uderzając go w głowę wiosłem. Jego łeb zwisał więc poprzez skraj pontonu i wtedy też rozpoczęłam okropną czynność podcięcia mu gardła. Pierwsze cięcie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Spodziewałam się, że skóra będzie twarda, ale okazało się, że gruba, sprężysta powierzchnia nie stawiała nożowi żadnego oporu. Lecz nagle żółw obudził się do życia i zaczął rozpaczliwie walczyć przebierając łapami. Czułam wściekłość, że zwierze stara się uczynić moją pracę jeszcze bardziej paskudną niż ona była. Maurice miał teraz ogromne problemy, żeby utrzymać żółwia w miejscu. Włożyłam mnóstwo wysiłku, żeby utrzymać kark żółwia, a kiedy jego głowa była już w połowie odcięta, w końcu trafiłam na żyły i krew chlusnęła na moje ręce. Żółw przestał się w końcu ruszać.

Miska napełniła się gęstą czerwoną krwią i chociaż czytałam o ludziach, którzy pili żółwią krew, pomysł był tak odpychający, że wylałam ją za burtę. Natychmiast ławica ryb skupiła się przy pontonie połykając ściętą krew, cmokając przy tym głośno. Z trudem mogłam umyć ręce ponieważ, jak tylko zanurzyłam je w wodzie ryby pchały się do moich zakrwawionych palców.

Następną czynnością przy szlachtowaniu było usunięcie pancerza. Maurice naciął mięso głęboko wokół obwodu scyzorykiem, po czym wydobył je ze skorupy. Z każdej części żółwich ramion wykroiłam cztery steki, resztę wyrzucając za burtę i ciesząc się, że wreszcie pozbyłam się krwawych odpadków. Ulżyło mi, że jest już po wszystkim.

    Maurice :

Setki ryb zgromadziło się wokół pozostałości mięsa i krwi, pożerając je z przerażającym pośpiechem.

„Musimy zacząć łowić ryby”, powiedziała Maralyn, zafascynowana widokiem tej ogromnej masy. „Chyba wiem, jak to zrobić”. Wspięła się na tratwę i po jakimś czasie szamotaniny, wróciła na ponton ściskając cążki i kilka nierdzewnych stalowych agrafek. Bez słowa odcięła część jednej z nich i wygięła ją w mały haczyk. Potem przewlekła nitkę przez okrągły pierścień agrafki i zawiązała ją mocnym węzłem.

„Gotowe”, odrzekła triumfalnie. Jeszcze raz Maralyn pokazała swój geniusz w improwizacji. Spytałem ją skąd wzięła te agrafki ? Robiąc kolejny haczyk i nie spoglądając na mnie odpowiedziała : „Z zestawu pierwszej pomocy”.

„Myślisz, że to zadziała ?” zapytałem, natychmiast żałując, że to powiedziałem.

„Wkrótce się przekonamy”, odrzekła Maralyn nadziewając na haczyk mały kawałek żółwiego mięsa. Rzuciła nitkę do wody a mięso błyskawicznie pochwycone zostało przez kilka ryb, które zdarły go z haczyka. Mięso było zbyt miękkie, żeby się na nim utrzymać. Maralyn spróbowała więc ponownie z takim samym skutkiem. „To mięso się nie nadaje”, powiedziała rozdrażnionym głosem. „Spróbujmy z bardziej twardym stekiem”.

Nie mogliśmy znaleźć nic odpowiedniego, ale zauważyłem, że niektóre kawałki mięsa pokryte są błoną. „Weź to”, powiedziałem do Maralyn podając jej kawałek mięsa odcięty z błoną. Maralyn ostrożnie nadziała mięso na haczyk, upewniając się, że na metalu mocno trzyma się także błona. Tym razem, choć ryba próbowała wyszarpać mięso, została na haczyku i Maralyn błyskawicznie poderwała nitkę z pięknym srebrnym okazem na jej końcu. Chwyciłem rzucające się śliskie stworzenie i uderzyłem go kilka razy w głowę nożem marynarskim, aż zdechło.

Ryby zaczęły brać, a Maralyn bez przerwy wrzucała haczyk za burtę, wyciągając kolejne sztuki. Nie za każdym razem się to udawało, ale ryb przybywało tak szybko, że wkrótce było ich znacznie więcej, niż mogliśmy ich zjeść na nasz poranny posiłek.

Najwięcej było takich, które były płaskie, dosyć brzydkie, o purpurowo-szarym języku, około dwudziestu centymetrów długości i owalne w kształcie. Ich głowa zajmowała praktycznie połowę ciała a z jej tyłu wystawały dwa wysuwane kolce. Z dość niewielkiej gęby wystawały zęby. Stworzenia te stały się naszym głównym źródłem pożywienia. Były łatwe do złapania i proste w patroszeniu i filetowaniu, chociaż często usiłowały nas gryźć a z powodu ich kolców mieliśmy liczne zadrapania. Jedna czy dwie z takich ran na moich kciukach uległy zakażeniu.

Kiedy Maralyn łowiła, ja patroszyłem ryby, oddzielając też przy okazji ich wątroby, ikry i mlecze. Resztę oporządzaliśmy wspólnie, przygotowując filety. Nic nie mogło się zmarnować, więc wydłubywaliśmy też ich oczy oraz serca. Kiedy ryby przestawały brać, a my byliśmy głodni, jedliśmy nawet  i to.

Aby móc łowić na nasze poranne i wieczorne posiłki musieliśmy też część z mięsa pozostawiać na przynętę.

Maralyn :

14 marca w dziesiątym dniu naszej podróży obok tratwy wypłynął wieloryb. Do tej pory często spotykaliśmy wieloryby, i to zarówno kaszaloty jak i orki. Zazwyczaj pływały w parach. Kaszaloty zawsze podpływały bliżej, mijając nas o kilka metrów. Siedziałam niespokojnie dopóki nie oddaliły się.

Nasz najbliższy kontakt z wielorybem podczas dryfu był całkiem niezwykły. Spotkanie takie przeżyło chyba niewielu ludzi. Dziwne, ale tym razem wieloryb był sam, być może szukał samicy. Wielki kaszalot wynurzył się jakieś sześć metrów za nami. Usłyszałam świst powietrza, które wypuścił ze swojej głowy. Krzyknęłam do Maurice’a. Potykając się w tratwie, wspólnie obserwowaliśmy, jak olbrzym zbliżał się do nas.  Tym razem jednak nie zamierzał nas ominąć. Odjęło nam mowę, więc w milczeniu obserwowaliśmy zachowanie potwora.

Maurice był bardzo spokojny i powiedział, że nic nie możemy zrobić. Siedząc na tratwie wpatrywaliśmy się z przerażeniem w ogromne zwierzę. Był coraz bliżej, na dotknięcie ręki. Mały okrągły otwór jego syfonu był wilgotny jak nos psa. Otworzył go powoli i strumień powietrza wraz z wodą wystrzelił w górę, po czym opadł jak ulewny deszcz prosto na tratwę.

Maurice ściskał moją rękę i spokojnie wyjaśnił, że jeśli wieloryb przewróci tratwę, będzie mu trudno mnie ratować. Powiedział, żebym mocno złapała się za linki pontonu i żebym nie wypuszczałam ich z rąk. Potrząsnęłam głową w potwierdzeniu, ale jego słowa nie do końca do mnie docierały. Pomyślałam sobie, że Maurice po raz pierwszy martwił się o to, że nie umiem pływać.

Trzymaliśmy się razem, gdy wieloryb znalazł się tuż obok nas. Ugryzłam się w wargę, żeby nie krzyknąć. Maurice powiedział cicho : „Dlaczego on po prostu nie odpłynie i nie zostawi nas w spokoju ?” Olbrzym oparł się o nas czarnym lśniący grzbietem, a przez skórę widziałam jego żebra. Pozostawał w tej pozycji przez jakiś czas, który dla nas był nieskończonością. W rzeczywistości trwało to mniej niż dziesięć minut. W każdej chwili mógł uderzyć płetwą i przepołowić naszą tratwę na dwoje.

W końcu, wieloryb zaczął się od nas powoli oddalać, znikając pod powierzchnią morza. „Tylko teraz nie nurkuj”, wyszeptałam ale nagle jego ogon znalazł się w pozycji pionowej i zniknął pod wodą z wielkim pluskiem. Ostatnim jego obrazem była wielka czarna płetwa wyraźnie odznaczająca się na tle przejrzystego niebieskiego nieba. A potem zniknął w głębinach pozostawiając nas milczących i trzęsących się na tratwie, która lekko kołysała się na falach.

Kiedy po tym zdarzeniu pojawiały się wieloryby, z wielką uwagą śledziłam ich ruchy, dopóki nie byłam pewna, że przepłyną obok nas. Nie chciałam, aby bliskie spotkanie z wielorybem jeszcze kiedykolwiek się powtórzyło.

Maurice :

21 marca, siedemnastego dnia naszej tułaczki popsuła się pogoda. Woda morska wlewała się do naszej tratwy i gąbkami próbowaliśmy osuszyć dno. Dolne części naszego ciała były obcierane od stałego kontaktu z gumą. Na nogach i pośladkach mieliśmy już bolesne rany i pęcherze od soli morskiej.

Następnego dnia znów wyszło słońce i stało się bardzo gorąco. Grzało tak przez kolejne trzy dni, a potem pojawiły się chmury i silny wiatr z południa zamienił ocean w strome pieniące się góry. Aż wreszcie zaczęło padać…

Musieliśmy zbierać ten drogocenny płyn. Maralyn postawiła wiadro na skraju zadaszenia naszej tratwy, więc woda zaczęła płynąć ciurkiem do naczynia. Z drugiej strony musieliśmy wciąż wylewać wodę, która dostawała się do wnętrza naszej tratwy. Osuszanie stało się bardzo wyczerpującym zadaniem, szczególnie wtedy, gdy zaczęło lać jak z cebra. Do wiadra zebraliśmy około pół litra wody. Spróbowaliśmy ją. Była okropna. Miała smak gumy z naszego zadaszenia. Nie nadawała się do picia, więc ją wylaliśmy. Godzinę później daszek już nieco się oczyścił i woda nie była tak bardzo jak wcześniej skażona gumą. Zebraliśmy około pół litra płynu i przelaliśmy go do plastikowego pojemnika.

Pół litra wody wydawało się niewielką ilością z ulewy, która trwała dwie godziny, ale nie znaleźliśmy lepszego sposobu jej zbierania. Gdy padało następnym razem, to stosowaliśmy tę samą praktykę podstawiania wiadra pod daszek. Powłoka tratwy była coraz czystsza, ale i tak woda wciąż pachniała gumą i nie smakowała najlepiej.

Złapaliśmy też i zabiliśmy kolejnego żółwia. Tym razem wykorzystaliśmy z niego wszystko, co było do zjedzenia. Z ramion i brzusznej części zrobiliśmy steki, starannie oczyściliśmy też wątrobę, serce i nerki. Pod skorupą i w innych częściach zwierzęcia znaleźliśmy też sporo tłuszczu. Miał kolor zielonkawo-żółty ale był pyszny i sycący. Kiedy spróbowaliśmy mięsa wydało nam się ono wyjątkowo smaczne, więc po posiłku zaczęliśmy rozglądać się za następną zdobyczą. Nasze ciała coraz mocniej zaczęły domagać się pożywnego jedzenia.

Zanim jednak udało nam się złowić kolejnego żółwia, mieliśmy kilka ulewnych deszczy. Padało tak długo, że mogliśmy nazbierać tyle wody, aby napełnić nie tylko wszystkie puste pojemniki, lecz również wymienić uzbierany już wcześniej płyn stęchły do tej pory od słońca. Wciąż staraliśmy się też osuszać dno tratwy. Niestety, mimo naszych wysiłków w tratwie wciąż było mokro. Ogromny wysiłek w walce z wilgocią tylko pogłębiał naszą depresję.

Trzymaliśmy się naszych tradycyjnych nocnych wacht, podczas których tylko ponura cisza wypełniała nasz świat. W czasie czuwania wciąż gapiliśmy się w niebo. Z podziwem patrzyłem na zasłonę z gwiazd ponad nami. Czułem wtedy, że znów powraca do mnie spokój.

Nieznany równikowy nieboskłon zadziwiał mnie. Widziałem Syriusza, Rigela i Kapellę, ale gdzie podział się Polluks i Kochab ? Zgubiły się gdzieś wśród gwiazd nocnego nieba, nie przesłanianego przez mgłę czy chmury. Rozciągające się w każdym kierunku bezgraniczne niebo przygniatało mnie swoim ogromem.

Nacisnąłem podświetlacz w moim zegarku. Moja wachta się kończyła, ale szkoda mi było budzić Maralyn. Siedziałem więc dalej w bezruchu patrząc jak spadają meteory.

Maralyn :

Chociaż jedliśmy spore ilości ryb, zauważyłam, że Maurice z dnia na dzień coraz bardziej chudnie. Jego żebra były coraz bardziej widoczne a jego policzki zapadały się. Cała jego twarz przybrała mizerny wygląd, czego nie przesłaniała nawet szybko rosnąca broda. Ponieważ staraliśmy się jak najdłużej przebywać w cieniu, powoli traciliśmy też naszą opaleniznę. Trudno to sobie było wyobrazić, że zaledwie trzy tygodnie temu byliśmy zdrowi i opaleni, podczas gdy teraz z naszych ciał wyzierała bladość i wycieńczenie.

Kiedy wyruszyliśmy z Panamy, oboje mieliśmy normalną wagę. W ciągu pierwszego miesiąca naszej tułaczki zaczęliśmy szybko tracić kilogramy, potem chudnięcie to jakby zwolniło. Nie mieliśmy lustra, ale po moich uporczywych pytaniach Maurice przyznał wreszcie, że wyglądam bardzo chudo. Rana, którą miałam na policzku znikła, ale moje golenie były wciąż posiniaczone od uderzeń, które zaserwowałam sobie podczas opuszczania jachtu. Od dłuższego czasu nie staliśmy na naszych nogach, więc ich mięśnie za jakiś czas prawdopodobnie nie utrzymają nas w pozycji pionowej.

Głównym problemem był brak wody. Padało rzadko i było bardzo gorąco. Nasze usta wyschły i boleśnie popękały. Małe łyki wody nic nie pomagały. Na szczęście jedzenie ryb zaspokajało częściowo nasze pragnienie, ale byliśmy już zmęczeni tą jednostajną dietą. Czekaliśmy więc na okazję, aby złapać kolejnego żółwia. Kiedy więc obok tratwy pojawiła się wreszcie średniej wielkości samica, nie było w nas nic z wcześniejszego wahania. Kiedy żółw podpłynął bliżej złapałam jedną z jego tylnych płetw, Maurice złapał za drugą i w rekordowym czasie wciągnął zwierzę do pontonu.

Dni mijały. 29 marca zobaczyliśmy swój drugi statek. Znów użyliśmy flary, ale statek, a był to tankowiec, nie zauważył nas. 10 kwietnia, 37 dnia dryfowania, znów zobaczyliśmy jakąś jednostkę. Nie mieliśmy już flar. Dwa dni później minął nas kolejny statek, a potem jeszcze jeden.

Każdego dnia postępowaliśmy według tego samego schematu, pracując z rana, aż do momentu, gdy słońce wysoko wznosiło się na niebie. Najpierw pomagałam Maurice’owi łowić ryby, potem wracaliśmy do tratwy, aby spożyć śniadanie. Jedliśmy powoli, nasz posiłek zwykle trwał przez godzinę. Potem zmywałam naczynia, a po uprzątnięciu bałaganu zapadaliśmy w drzemkę, która trwała aż do wieczora. Wtedy znów zaczynaliśmy łowić ryby.

Czasami graliśmy w karty zrobione z czystych kartek naszego dziennika jachtowego, albo w zaimprowizowane domino. Najczęściej jednak czytaliśmy nasze jedyne dwie książki lub bawiliśmy się w zgadywanki. Dużo rozmawialiśmy o naszym życiu przed wypadkiem, i to tym, co będziemy robić jak w końcu zostaniemy uratowani.

24 kwietnia były moje urodziny. Tego dnia próbując wyciągnąć dużą rybę przypadkowo przebiliśmy ponton. Żeby się pocieszyć postanowiłam uczcić jakoś moje urodziny. Zjedliśmy ostatnią puszkę puddingu ryżowego z niewielką ilością melasy. Łata, którą próbowaliśmy naprawić ponton niestety odeszła, więc odtąd musieliśmy przynajmniej dwa razy dziennie pompować przebitą komorę.

Dwa dni później ciernista chimera, która od pewnego czasu dotrzymywała nam towarzystwa przebiła kolcem naszą tratwę.

   Maurice :

Nasza tułaczka trwała nadal. Byliśmy w coraz gorszej kondycji psychicznej i fizycznej. Brązowe, gładkie ciało Maralyn stało się chude i kościste, ze sztywnymi i pokrytymi ranami kończynami. Jej zapadłe oczy coraz bardziej podkreślały mizerność jej twarzy.

Moja broda, w pewnym stopniu zakrywała mi twarz, ale czułem wystające spod skóry kości. Mięśnie stały się zwiotczałe i słabe.

Nasz szybko pogarszający się stan przerażał nas. Wokół mieliśmy mnóstwo naturalnej żywności, ale widocznie nie miała ona w sobie wystarczającej ilości witamin i minerałów, by utrzymać nas w zdrowiu.

Dni mijały, a każdy z nich był do siebie podobny. Gdyby nie to, że Maralyn notowała je wszystkie w pamiętniku, szybko stracilibyśmy rachubę czasu. Każdy dzień odnotowywała też kreską stawianą na płótnie tratwy. Wreszcie kresek tych było tak dużo, że pokryły one większą część płótna. Świat wokół nas należał rzeczywiście tylko do nas. Nie było w nim innych ludzi a jedynie morskie stworzenia. Nasze życie zależało tylko od naszych starań.

Rozmowy czasami krążyły wokół prawdopodobnego wyniku naszej tułaczki. Nie było możliwym, abyśmy nie przyjmowali też wariantu śmierci na tratwie. Jednak myśleliśmy o tym mniej ze strachem a bardziej z rezygnacją. Rozważaliśmy też, jak będą wyglądać te nasze ostatnie chwile i za pomocą jakich środków moglibyśmy przyspieszyć śmierć. Butla gazowa była pusta, więc uduszenie się nie wchodziło w rachubę. Maralyn nie miała nic przeciwko pomysłowi, by po prostu odpłynąć od tratwy i pogrążyć się w oceanie. Mieliśmy też nóż. Być może sama natura zechciałaby nam pomóc przysyłając nam jakąś trującą rybę.

      Ale dyskusje te trwały bardzo krótko, ponieważ Maralyn nigdy nie traciła nadziei, że przeżyjemy. Często starała się podnieść mnie na duchu, opowiadając o tym, jak wspaniałe potrawy mi przyrządzi, gdy powrócimy wreszcie do domu. Miała w sobie ten wspaniały dar przywództwa i całą swoją osobą była przykładem silnej woli, która potrzebna jest, aby żyć dalej. (C.D.N.)

„117 days adrift” tłum. własne

 

Skomentuj artykuł