Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Isadorą na Wielkie Jeziora

W  jednej z największych i najważniejszych amerykańskich gazet – San Francisco Chronicle ukazał się reportaż z podróży statkiem PŻM – m/s „Isadora”. Dziennikarz gazety Bill Pfeffer opisuje w nim swój rejs  z Ijmuiden w Holandii do Cleveland.

*   *   *

Na zewnątrz wzburzone fale, obmywające bulaje jak woda okienko w pralce, a wewnątrz  steward krzątający się w kącie. Wszystko możliwe jest w tym magicznym miejscu. Jedyną rzeczą, która mnie uspokaja jest mesa ozdobiona fotografiami pasażerów z poprzednich rejsów. Ci co zrobili te zdjęcia, zdołali jednak przeżyć.

Znajdowaliśmy się gdzieś w okolicach Nowej Funlandii, przekraczając wzburzony Północny Atlantyk i biorąc kurs na Cleveland. Na statku oprócz nas jest 19 polskich marynarzy i 22 tysiące ton stali. Moja żona i ja zamustrowaliśmy na „Isadorę” w Ijmuiden w Holandii, zgadzając się na 16-dniową podróż przede wszystkim dlatego, że – bądźmy szczerzy – boję się latać.

W planowanej podróży statkiem był też element romantyzmu : doświadczenie morza bez całej tej rozrywki spotykanej na luksusowych wycieczkowcach : ogromnych bufetów, basenów, kolacji w smokingu z kapitanem i tandentego próżniactwa. Na „Isadorze” mieliśmy jedynie obietnicę świeżego powietrza, relaksu, solidnych polskich posiłków w towarzystwie załogi i uznania dla ciężkiej marynarskiej pracy. No i oczywiście była jeszcze obietnica przygody.

„No, nie jest to Queen Mary” powiedziała śmiertelnie poważnie moja żona, kiedy zobaczyła „Isadorę” po raz pierwszy, dając mi do zrozumienia, że mój entuzjazm co do tej podróży wcale nie był taki zaraźliwy, jak miałem nadzieję.

Frachtowiec zwany trampem 

     „Isadora” uznawana jest za „trampa” ponieważ armator sprzedaje jej usługi przewozowe dla tych, którzy płacą najwięcej. Po rozładunku stali w Cleveland, szefowie firmy wezmą pod uwagę wszystkie oferty. Powrót do Europy na pusto nie wchodzi w grę. Tak jak wiele innych statków, „Isadora” proponuje także – niejako przy okazji – podróże dla kilku pasażerów. Chociaż pieniądze, jakie płacą oni za podróż, nie są jakimś poważnym ratunkiem dla pokładowego budżetu. Statek spala co godzinę paliwo o wartości 500 dolarów – na tym co, my zapłaciliśmy za całą podróż mógłby więc „pojechać” zaledwie sześć godzin.

Część przygody zaczyna się już przy mustrowaniu. Polska Żegluga Morska, która eksploatuje statki pomiędzy Europą a Północną Ameryką stawia jeden warunek : jeśli chcesz wybrać się w taką podróż musisz określić się, czy będzie to pierwsza połowa miesiąca, czy druga. Dopiero na kilka dni przed rozpoczęciem rejsu otrzymujesz telefon z dokładną datą zamustrowania. My czekaliśmy na ten sygnał od armatora w Haarlemie, 20 minut drogi od Ijmuiden.

Podczas gdy moja żona obawiała się piratów (wytłumaczyłem jej, że Somalia jest pół świata stąd), ja martwiłem się o chorobę morską, zwłaszcza po tym, gdy pierwszy oficer wyjaśnił mi, że nasz ładunek stali powoduje większe kołysanie statku na oceanie.

Na dobre i złe, nasz los został przesądzony. Byliśmy już na liście pasażerów z adresem dostawy do Ohio. Tego wieczora, jeszcze w porcie, silniki statku zaczęły pracować. „Uaaa, ruszamy się” – zajęczała moja żona. Wyskoczyłem z fotela, zarzuciłem coś na siebie i zanurzyłem się w wilgotne wieczorne powietrze, aby obserwować nasze odejście. Załoga rzuciła liny i po kilku sygnałach syreny okrętowej, „Isadora” zaczęła przedzierać się przez port w kierunku atramentowej czerni Morza Północnego. Docierały do mnie puste dźwięki kołatania niewidzialnych boi a w oddali słychać było stłumiony i smutny głos syreny mgielnej. Zziębnięty wróciłem do kabiny.

Kanał Angielski

     Na mostku fluoroscencyjny ekran radaru omiatał setki punkcików, a pierwszy oficer utrzymywał stałą obserwację z lornetką. Był to nasz pierwszy dzień na pokładzie i statek żeglował przez zatłoczony Kanał Angielski pod błękitnym niebem, ostatecznie pozostawiając za sobą schronienie kontynentu.

Kiedy mijaliśmy kredowe klify Dover, pustka morza została zakłócona pojawieniem się delfinów. Chwilę płynęły przy statku, potem przeskoczyły przez fale w kierunku południowym, prawdopodobnie umykając przed zbliżającą się zimą.

Na zaproszenie głównego mechanika, założyliśmy ochronne nauszniki i zeszliśmy kratowanymi schodami w dół, aby zwiedzić maszynownię. Na szczęście trzej oficerowie mówili po angielsku bo mój polski ograniczał się do standardowego powitania – cheshch.

Rury i przewody przebiegały podłogę i sufit jak w fabryce czekolady Willego Wonki, z tym tylko wyjątkiem, że wszystko pomalowane było na kolor zielony a napisy na tabliczkach były po polsku. Inżynierowie w błękitnych kombinezonach monitorowali zawory i zapisywali uwagi w notesach. Głęboko w dole, w słonej wodzie, śruba kręciła się z szybkością 100 obrotów na minutę.

Wzburzone morze

    Kilka dni później, gdy jedliśmy obiad złożony z rosołu, kiełbasy i tłuczonych ziemniaków, kapitan stanął przy naszym stole.  „Będziemy mieli sztorm” – oświadczył, a dla podkreślenia swoich słów uderzył ręką w stół, aż zatrzęsła się filiżanka herbaty. „Ale za dwa, trzy dni powinniśmy być już w pobliżu Nowej Funlandii”. Nakładając sobie musztardy i unikając stalowego wzroku mojej żony, pomyślałem od razu o filmie „The Perfect Storm” (film z Georgem Clooney’em, w którym główni bohaterowie giną podczas sztormu – przyp. tłum.). „Trochę później będziemy mieli szkolenie w przeprowadzaniu awaryjnej ewakuacji. Proszę przyjść na mostek, gdy usłyszycie alarm” – dodał kapitan – moim zdaniem – trochę zbyt entuzjastycznie.

Gdy wibrujący w uszach alarm wreszcie się rozległ, pospieszyliśmy ku zmytemu deszczem pokładowi w naszych grubych na cala, pomarańczowych neoprenowych kombinezonach ratunkowych. „Gęsiego do szalupy” – przekrzykiwał wiatr pierwszy oficer. Jak dobrze wytresowany border collie, zagnał załogę i pasażerów do łodzi zrzutowej, która zwisała niebezpiecznie trzy pietra ponad wzburzonym morzem Wśród gwaru polskich marynarzy, zapięliśmy się pasami na plastikowych krzesełkach, czując się jak Alan Shepard na wyrzutni rakiet. Byłem pewny, że byłoby mi trudno wyjaśnić towarzystwu ubezpieczeniowemu całą tę sytuację, gdyby zdarzył się wypadek.

Tego wieczoru, po kolacji złożonej ze świeżo wypieczonego żytniego chleba, kotletów wieprzowych i kapusty kiszonej, kapitan zaprosił nas do swojej kabiny, aby zapoznać nas z próbką polskiej kultury (a w szczególności polskiej wódki) oraz by posłuchać amerykańskiego jazzu. Gdy rozmawialiśmy, kabina kołysała się łagodnie, kapitan nalewał nam ognisty płyn ze swojego rodzinnego kraju, a z głośników sączyła się  muzyka Dave’a Brubeck’a. Takich nocy nie przeżyjecie, podróżując na luksusowym wycieczkowcu firmy Carnival.

Wieloryby

     Gdy zbliżaliśmy się do Nowej Funlandii, kontynent osłonił nas od gwałtownych wód oceanu. Chłodna jesień, którą czuło się już w powietrzu, skutecznie odganiała jakiekolwiek iluzje o indiańskim lecie. Smuga mgły wyścielała powierzchnię morza a krzykliwe mewy krążyły ponad statkiem. Gdy mgła nieco opadła, ujrzeliśmy wzgórza skąpane w czerwieni i żółci.

„Wieloryby na sterburcie” – zawołał pierwszy oficer. Wskazał na niespokojny obszar morza, gdzie coś szarego wyrzucało w poranne powietrze gejzery wody. Obserwując przez lornetkę, zauważyliśmy cielska białych wielorybów Bieługa, które zbierały się niedaleko brzegu.

Wreszcie wpłynęliśmy w sieć śluz i kanałów na Szlaku Świętego Wawrzyńca. Co osiem godzin, braliśmy na pokład lokalnych pilotów, aby ci prowadzili nas przez szlak żeglugowy. Krótkie komendy odbijały się echem z mostka : „Port 10”, „Dead slow”, „Hard starboard”, „Aft thrust”, gdy „Isadora” przeciskała się przez wąskie śluzy. Za każdym razem, gdy cumowaliśmy, bramy śluzy się zamykały, a do środka wpływała woda, jakby z poziemnego źródła. Statek jęczał i zgrzytał przesuwając się wzdłuż betonowych ścian, gdy podnosił się o 20 do stóp w przeciągu minut.

„Isadora” płynęła dalej wśród odgłosów przelatujących stad gęsi, na wąskich skąpanych jesiennym słońcem akwenach regionu Tysiąca Wysp. Mijaliśmy wyspy upstrzone letnimi domkami i machaliśmy do ludzi na brzegu.

Statek dotarł do Cleveland i zacumował. Ponieważ mieliśmy zejść na ląd dopiero rano, smakowaliśmy naszą ostatnią butelkę wina w towarzystwie kapitana. W końcu, nie doświadczyliśmy choroby morskiej i nie zostaliśmy porwani przez piratów. Ale byliśmy z żoną zgodni, że przeżyliśmy najwspanialszą przygodę, jakiej dotychczas nie doświadczyliśmy podczas naszych podróży po świecie (chociaż wątpię, żeby ozorki wołowe, marynowane śledzie czy flaczki, znalazły się jeszcze kiedykolwiek na moim talerzu).

Zmustrowaliśmy zaraz po śniadaniu, po licznych pożegnaniach i pamiątkowych fotkach. Zeszliśmy po chwiejącym się trapie wśród przewieszonych przez relingi i machających do nas z pokładu marynarzy – prawdziwych dusz w starożytnej tradycji morskiego handlu. Gdy odchodziliśmy w głąb portu, statek huczał od pracy przy rozładunku stali. Kiedy skręcaliśmy za jeden z magazynów, spojrzałem na „Isadorę” po raz ostatni. „Może nie królowa /queen/ ale na pewno dama” – powiedziałem.

Po chwili zdałem sobie sprawę, że nie zrobiliśmy sobie grupowej fotografii, jak te, które wisiały w mesie. Teraz, jednak po zakończeniu rejsu zrozumiałem, dlaczego wszyscy pasażerowie na tych zdjęciach uśmiechali się.

Bill Ffeffer

San Francisco Chronicle

fot. statku : Jens Boldt

 

Skomentuj artykuł