Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Oficerowie łącznikowi – bohaterowie drugiego planu

22-4Było ich 128, wybranych spośród 200 chętnych. To oni, oficerowie łącznikowi,  przez  cały czas towarzyszyli  załogom żaglowców i jachtów, które przypłynęły do Szczecina na niezapomniany tegoroczny  finał The Tall Ships Races.  Byli łącznikami między załogami a organizatorami. Byli informatorami, przewodnikami, pomocnikami, kumplami, przyjaciółmi. Zaraz po służbach mundurowych pierwsi wchodzili na pokłady żaglowców i jachtów, witali załogi w imieniu miasta i organizatorów. Niemalże przez całą dobę byli do dyspozycji swoich podopiecznych, od czasu przybycia jednostki do Szczecina, aż do jej pożegnania. Jedną jednostką, w zależności od jej wielkości,  opiekował się jeden lub dwóch, trzech oficerów łącznikowych. W tłumie i wśród załóg byli dobrze widoczni. Nosili czerwone koszulki z napisami, czerwone czapki, w tym samym kolorze kamizelki i kurtki.

            Służyli pomocą w sprawach codziennych (pomoc w zakupach, załatwianie leków, pokazywanie miasta),  jak i w tych nietypowych. O sobie mówią, że oficerowie łącznikowi, to ludzie od zadań specjalnych. Nie znają określeń: „to się nie uda”, „tego nie można załatwić”. Na przykład była taka sytuacja. Do Warszawy przylecieli łotewscy żeglarze, którzy mieli podmienić kolegów na jachcie „Spaniel”. Z lotniska jechali samochodem do Szczecina. Samochód zepsuł się niemalże w szczerym polu, 60 km od stolicy. Żeglarze zostawili samochód i dotarli do jakiegoś hoteliku, powiadomili kapitana. Od niego o całej sytuacji dowiedział się Radek Łosiewicz (na co dzień nauczyciel w-f i trener siatkarzy), zastępca szefa oficerów łącznikowych. I zaczął działać. Nie miał bezpośredniego połączenia z żeglarzami. Ale w Internecie  i „wykonując” kolejne telefony, zlokalizował najpierw ten hotelik, potem najbliższy zakład samochodowy. Jego właściciel zapewnił, że samochód ściągnie i naprawi. I tak się stało. Żeglarze następnego dnia dotarli do Szczecina.

22-1O oficerach łącznikowych mówi się, że to profesjonaliści w każdym calu. Nie liczyli czasu, nie patrzyli na zmęczenie, nie oczekiwali żadnego wynagrodzenia. Swoją społeczną pracę traktowali jako przygodę, wyzwanie i chęć sprawienia, by żeglarze którzy przybyli do Szczecina byli zadowoleni i jak najlepiej wspominali swój pobyt w mieście.

            Większość oficerów pełniła tę funkcje po raz pierwszy. Aczkolwiek Piotr Marski był oficerem łącznikowym po raz 11. od roku 2007. W czasie tegorocznych regat opiekował się rosyjskim jachtem „Rus”.  Wielu decyzję podjęło mając w pamięci wrażenia ze zlotu żaglowców w Szczecinie w  2007 r.  Przyznają, że od tamtego czasu ich marzeniem było zostać oficerem łącznikowym.  Niektórzy już dziś myślą o tym, by taką funkcję pełnić też w roku 2017, bo wówczas mamy szansę ponownie gościć w Szczecinie wielkie żaglowce.

             Oficerowie łącznikowi byli w różnym wieku, od 19 do 65 lat. Prawie tyle samo mężczyzn co kobiet. Pochodzili z całej Polski, a także z zagranicy. Reprezentowali najróżniejsze  zawody. Byli wśród nich studenci, prawnicy, lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, lektorzy języków obcych, przedsiębiorcy, naukowcy. Większość nie miała żadnego doświadczenia  żeglarskiego.

              Podstawowym kryterium rekrutacji była dobra znajomość angielskiego i innych języków, odwaga, odpowiedzialność, kultura osobista, umiejętność radzenia sobie ze stresem, umiejętność rozwiązywania najróżniejszych  problemów  no i doskonała kondycja fizyczna. Dziennie każdy z nich pokonywał po kilka kilometrów. Jednostki stały w różnych miejscach, czasem kilkakrotnie w ciągu dnia trzeba było je odwiedzać, być na odprawach (siedziba Akademii Morskiej) porannych i wieczornych. Te ostatnie odbywały się między 19 a 23.

                Wszyscy oficerowie przed objęciem swoich funkcji odbyli specjalne szkolenia. Rekrutację i rozmowy kwalifikacyjne prowadziły m.in.  Beata Prell i Zofia Sadłowska.  Są głównymi specjalistami ds. wydarzeń  morskich w wydziale kultury UM. Obie pracują w Urzędzie Miasta od 2004 roku, czyli od momentu, gdy zaczęły się przygotowania do pierwszego zlotu żaglowców w Szczecinie, w 2007 roku. Właśnie ze względu na tę imprezę zgłosiły się do pracy. – Wybrała nas Mira Urbaniak – wspominają. – Przedtem było wiele rozmów sprawdzających, wiele zadań do wykonania.

22-3Dziś mają za sobą udział w przygotowaniach  tamtego finału regat i tegorocznego, a także udział w organizacji ośmiu Zlotów Oldtimerów w Szczecinie, zlotu małych parowców, organizacji  Dni Morza, Dni Rzeki Odry. Opracowały też bardzo ciekawe programy morskiej edukacji dla młodzieży niepełnosprawnej.

    Z tej licznej rzeszy oficerów łącznikowych udało mi się porozmawiać z kilkunastoma.

          Jan Piotrowski mieszka i pracuje w Anglii. W radiu usłyszał o naborze chętnych na oficerów łącznikowych. Zgłosił się natychmiast. Potem dolatywał samolotem na szkolenia. Opiekował się brytyjskim brygiem „Stavros S. Niarchos”. – To żaglowiec szkolny, służy przede wszystkim młodym ludziom. Piękna jednostka, fantastyczna 70-osobowa załoga, niezwykły kapitan, Irlandczyk.

             Maciej Dygas (student Akademii Morskiej) pojechał specjalnie do Świnoujścia, by już tam przywitać swoją jednostkę. Załoga fińskiego jachtu „Helena” była zachwycona.

             59-letni Andrzej Wiśniewski (pracownik marketingu) opiekował się rosyjskim jachtem „ Elena” z białoruską załogą. – Na dzień dobry powiedziałem, że będę dla nich ojcem, matką i w każdej sytuacji mogą na mnie liczyć. A oni od razu  poczęstowali śniadaniem. Kapitanem był zastępca fabryki mebli w Mińsku. Świetna załoga, bardzo zdyscyplinowana, wśród niej byli naukowcy, studenci. Bardzo dobrze  nam się współpracowało, zaprzyjaźniliśmy się. Ze względu na upał były to mordercze dni, straciłem pięć kilogramów, ale wspaniałe i niezapomniane.

            Maciej Górski (zarządca nieruchomości) opiekował się żaglowcem „Kruzenshtern”. – Bardzo chciałem opiekować się właśnie tym żaglowcem i jestem szczęśliwy, że tak się stało. Kilkakrotnie go zwiedziłem, obejrzałem fascynujące muzeum. Poznałem fantastycznych żeglarzy, z wieloma nadal utrzymuję kontakt. Imponowali mi dyscypliną, dobrą znajomością angielskiego, szczególnie kadra oficerska. Ten żaglowiec był bardzo popularny, każdego dnia coś się na nim działo, więc pracy było sporo. Przez pokład przewinęło się ponad 19 tysięcy osób. Żałuję tylko, że ze względu na sprawy zawodowe nie mogłem nim popłynąć do Świnoujścia.  

               Nie mniej popularny był  „Goetheborg”, największy na świecie drewniany żaglowiec.  Opiekowało się nim małżeństwo Magdalena (pracownik korporacji) i Witold  Sosnowscy (lektor j. angielskiego) oraz Sylwia Bąkowska (pracownik naukowy). Powitali go po staropolsku chlebem i solą. Byli dumni, że właśnie tak niezwykłą jednostką i jej załogą mogli się opiekować. Żaglowiec jest wierną repliką statku z XVII wieku. Ma ręcznie szyte żagle, liny konopne  smarowane żywicą sosnową, jej charakterystyczny zapach towarzyszył im cały czas. – Od załogi usłyszeliśmy mnóstwo historii o jednostce sprzed wieków i tej współczesnej, dostaliśmy płócienne stroje z epoki, poznaliśmy cieślę okrętowego, który po kapitanie był najważniejszą osobą. Miał świetnie wyposażony warsztat stolarski i ciągle coś do roboty.

         Sylwia Bąkowska została zaproszono w rejs. Popłynęła ze Szczecina przez Visy aż do zatoki Botnickiej. 11 dni niezwykłej przygody. – Jest w tej jednostce coś magicznego, żal było ją opuszczać.

           Ewa Puszkiewicz (żeglarka, urzędniczka) opiekowała się  „Darem Szczecina”. – Marzyłam o tym od 2007 roku.  Duma mnie rozpierała, że opiekuję się jednostką, która wygrała regaty. Poznałam wspaniałą załogę i kapitana Jerzego Szlocha. Wielka klasa, niezwykła osobowość. Bardzo mi się podobała, pielęgnowana od 1998 roku, znajomość „Daru Szczecina” z jednostką „Shabab Oman” z Omanu. Załogi odwiedzały się nawzajem.

           Ulubionym żaglowcem szczecinian, czyli meksykańskim „Cuauhtemoc”, opiekował się Zbigniew Kowalski (doktorant ZUT). – Ujęła mnie niezwykła serdeczność 250-osobowej załogi, która jest jak jedna rodzina. Szczecinem i przyjęciem byli zachwyceni. Zawsze powtarzali, że nigdzie ich tak nie witano. Nie chciałem, żeby ta przygoda się skończyła, więc  pojechałem za nimi  do Gdyni, bo tam mieli stać kilka dni. Przyjechałem i od kapitana dowiaduję się, że jest wielki problem i z nieba im spadam. Na gdyńskiej plaży pseudokibice ze Śląska pobili meksykańskich marynarzy. Byłem tłumaczem w komisariacie policji, w szpitalu. Robiłem wszystko, żeby jak najlepiej  pomóc. Udało się. A po wszystkim wzruszył mnie dowódca żaglowca. Otóż zostałem mianowany na ósmego kapitana. Na żaglowcu jest moja czapka z nazwiskiem, figuruję jako kapitan departamentu pomocy. Z wieloma członkami załogi jestem cały czas w kontakcie mailowym.

        Kpt.ż.w. Edward Eliasz (przedsiębiorca) wraz z córką Elizą opiekowali się żaglowcem „Statsraad Lehmkuhl”. To zwycięzca tegorocznych regat w klasie A. – Bardzo się ucieszyłem, gdy powierzono nam tę jednostkę, bo to przecież  siostrzany statek    „Daru Pomorza”. W przyszłym roku będzie obchodził stulecie.  A ja, jeszcze jako kadet i student PSM, pływałem na „Darze Pomorza”. Nasz norweski żaglowiec przywitaliśmy chlebem, solą i norweską flagą. Bardzo się to załodze podobało.

             Marcin Przybysz (adwokat, nauczyciel akademicki) opiekował się żaglowcem  „Shabab Oman”. – Spodobała mi się załoga. Sympatyczni, serdeczni, bardzo otwarci ludzie. Żaglowiec jest flagowym okrętem marynarki wojennej Omanu. Jest też pływającą wystawą  poświęconą Omanowi, jego historii. Załogę bardzo interesowało miasto. Byli zachwyceni zielenią, no i urodą Polek. Żeglarze pięknie się prezentowali w paradzie załóg. Szli z własną orkiestrą.  I byli bardzo dumni z nagrody Friendship Trophy, którą żaglowiec otrzymał w tegorocznych regatach za „tworzenie klimatu dla międzynarodowego porozumienia”. Szkoda, że to był ostatni rejs pięknego żaglowca. Ma być teraz statkiem – muzeum.    

          Krzysztof Tarasiuk (aktor „Pleciugi”) parę lat temu został oficerem łącznikowym  rosyjskiego żaglowca  „Shtandardt”. Odbył na nim kilka rejsów, jest III oficerem. Na tym żaglowcu poznał dziewczynę, która jest członkiem załogi.  W tym roku, w duńskim porcie Aarhus, pierwszym na trasie regat, oświadczył się jej. Uroczystość odbyła się na pokładzie żaglowca „Shabab Oman”.  W tym roku oficerem łącznikowy „Shtandardta” była Monika Żaboklicka i to ona opowiedziała tę historię.

              Piękną i romantyczną historię. Takie też zdarzają się oficerom łącznikowym. Zwykle odmieniają całe życie.

Krystyna Pohl

Skomentuj artykuł