Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Pożar na „Norman Atlantic”

Norman Atlantic1Kiedy Andreas i Elena Oikonomou wraz ze swoją małą córką uciekli z pokładu płonącego promu „Norman Atlantic”, myśleli że są już bezpieczni. Tymczasem tak naprawdę ich dramat dopiero się zaczął.

Anderas Oikonomou miał złe przeczucia, zanim jeszcze wsiadł na pokład promu „Norman Atlantic”. „Wsiadamy ?” – zapytał swoją żonę, Elenę, gdy zbudowany w 2009 roku ro-pax przygotowywał się do przyjęcia pasażerów z portu Igoumenitsa w zachodniej Grecji.
„Nie wiem, Andreas”, odpowiedziała. Ale odkładając na bok swój niepokój małżeństwo wraz z dziewięcioletnią córką Aliną weszli na pokład. Przed odejściem statku Andreas, 55-letni nauczyciel fizyki z Aten zmienił jednak zdanie i chciał zejść na ląd. Było już jednak za późno, pokład samochodowy „Norman Atlantic” był już zamknięty a prom ruszał w morze.
Małżeństwo Oikonomou udawali się na wycieczkę co roku w okresie świąteczno-noworocznym. Tę podróż jednak mieli zapamiętać do końca życia i to bynajmniej nie z powodu przyjemnych atrakcji. Wchodząc na prom 28 grudnia, chcieli dopłynąć do Wenecji. Nigdy jednak tam nie dotarli.
To córka Alina jako pierwsza poczuła, że statek się pali. Szybko obudziła swoich rodziców, w czasie gdy do ich małej kabiny zaczęły docierać pierwsze kłęby dymy. „Norman Atlantic” znajdował się wówczas w Cieśninie Otranto, u południowo-wschodnich wybrzeży Włoch.
Cała rodzina wybiegła na pokład w kapciach, a ogień czuli już na plecach. „Ogień był już dosłownie o krok za nami” – wspomina Anderas Oikonomou. „Pokład zrobił się tak gorący, że aż bolało po nim chodzić. Widzieliśmy wszędzie wystrzelające płomienie, palący się kadłub statku”.
Małżeństwo Oikonomou czekało na instrukcje od załogi przekazywane przez radiowęzeł, ale nie było nikogo, kto mógłby je wydać. To żona podjęła ostateczną decyzję o wskoczeniu do szalupy. Andreas opuścił w dół do żony ich córkę Elenę a potem sam wskoczył do łodzi, tłukąc sobie przy okazji okulary. Uderzani przez porywy silnego wiatru znaleźli się w całkowitej ciemności. W tym czasie na „Norman Atlantic” nie działało już zasilanie.
„Do szalupy próbowało się dostać mnóstwo ludzi” – wspomina Andreas. Byli mocno stłoczeni i krzyczeli, starając się uciec przed ogniem. To co działo się w samej łodzi było trudne do uwierzenia. Kiedy nawdychasz się dymu musisz zacząć wymiotować. W tłoku każdy wymiotował na sąsiada”.
Wreszcie szalupę udało się spuścić na wodę i odpłynęła ona od płonącego statku. Ale upłynęło jeszcze następne dwie godziny, zanim na miejscu zdarzenia pojawił się pierwszy handlowy statek, niosący ratunek. Początkowe poczucie ulgi szybko wyparowało, gdy pasażerowie łodzi zdali sobie sprawę, jak trudnym zadaniem jest wspiąć się po sznurowej drabince na rozkołysany sztormem statek. Za każdym razem, gdy wielka fala podnosiła w górę szalupę, kolejna z osób próbowała uchwycić drabinkę i potem spróbować wspiąć się na pokład.
„Widzieliśmy, jak jeden z naszych towarzyszy próbował wspiąć się na górę, ale już kilka sekund później odpadł z drabinki i utonął w morzu. Kolejny – to samo, albo wpadał do wody albo walił ciałem o burtę statku. I tak każdy po kolei.” – wspomina Andreas. „Wtedy wszyscy pomyśleliśmy, że już po nas”.
Oikonomou opowiada, że jeden z członków załogi „Norman Atlantic” o imieniu Giorgis był z nimi w szalupie i robił wszystko, co w jego mocy by pomóc pasażerom. Gdy do ich małej łodzi zaczął zbliżać się przybyły na miejsce tragedii drugi statek handlowy, to właśnie Giorgis pierwszy zaczął krzyczeć.
„Nasza szalupa znalazła się przy samej rufie wielkiego statku. Wtedy Giorgis zaczął krzyczeć : on nas zabije. Pomyślałem, że to już koniec” – opowiada Andreas. „Ostatecznie, rufa wielkiego statku o centymetry minęła szalupę, ale gdy znaleźliśmy się przy burcie łódź nasza uderzała o jego kadłub, rzucając wszystkich, którzy byli w szalupie. Moja córka Alina, jak z katapulty przerzucana była z miejsca na miejsce, żona podbiła sobie oko, a inni mieli skaleczenia na nogach.
Po dziewięciu przerażających godzin spędzonych w szalupie, do rodziny Oikonomou wreszcie uśmiechnęło się szczęście : udało im się wdrapać na pokład masowca 82-tysięcznika, „ABY Jeannette”. Najpierw po drabince weszły Alina i Elena, w końcu Andreas.
„Czas spędzony na „ABY Jeanette” załoga statku starała się nam uczynić niebem. Do końca życia będę za to dziękował filipińskim marynarzom”.
Jednak armator statku nie zdecydował się skierować go do najbliższego portu. 39 rozbitków z „Norman Atlantic”, spędziło więc aż cztery dni na „ABY Jeanette” zanim zeszło na ląd. Oikonomou i inni ocaleni byli z tego powodu wściekli”
„Jak to możliwe, żebyśmy musieli spędzić jeszcze cztery dni na statku po doświadczeniach, jakie przeżyliśmy. Przecież z nami były dzieci, które na własne oczy widziały, jak umierali ludzie i tonęli w morzu” – mówi Andreas Oikonomou.
Powody pożaru, który wybuchł około 6 rano na pokładzie samochodowych „Norman Atlantic” i szybko rozprzestrzenił się na cały statek, wciąż badane są przez śledczych. Podczas ewakuacji niewielka część pasażerów wydostała się z pokładu za pośrednictwem szalup, ale większość, przez wiele godzin czekała na pomoc ze strony śmigłowców na rozgrzanym pożarem kadłubie.
Z powodu dwóch różnych list pasażerów, a także podejrzeń, że na statku mogli znajdować się nielegalni imigranci, trudno dokładnie oszacować liczbę ofiar. Wśród uratowanych było na przykład trzech Afgańczyków, którzy schowani byli w jednym z samochodów ciężarowych.
Wiadomo, że przynajmniej dwanaście osób zginęło w wyniku bezpośredniego działania ognia a dodatkowo straciło życie dwóch marynarzy z albańskiego holownika, po tym jak pękła lina, którą próbowano połączyć się z „Norman Atlantic”. Zgodnie z danymi greckiego Ministerstwa Żeglugi 18 osób wciąż uznaje się za zaginione. Ciało jednej z nich odnaleziono wśród wypalonych szczątków jednego z pokładów samochodowych dopiero 13 lutego.
Pierwszą ofiarą był 62- letni Grek, który wskoczył do wzburzonego morza bezpośrednio z płonącego statku. Wśród tych, których nie udało się uratować był także prawosławny ksiądz, który sam bardzo aktywnie pomagał w ewakuacji pasażerów.
Wypalony wrak „Norman Atlantic” został przeholowany do portu Brindisi we Włoszech. Statek palił się tam jeszcze przez następne dwa tygodnie. Jedną z szalup promu, morze wyrzuciło na brzeg tydzień po katastrofie na wybrzeżu albańskim. Obecnie wrak „Norman Atlantic” znajduje się w porcie Bari, gdzie będzie złomowany.

Skomentuj artykuł