Portal informacyjny dla polskich marynarzy

Upadek po 282 latach

Smutnym symbolem obecnego głębokiego kryzysu na rynku żeglugowym będzie z pewnością upadek najstarszego armatora na świecie – brytyjskiego Stephenson Clarke Shipping Ltd. Znany w branży jako Stevie Clarke został założony w 1730 roku, przez dwóch braci Ralpha i Roberta Clarke, którzy po latach spędzonych na morzu, zakupili udziały w jednym z żaglowców. Czasy świetności armator przeżywał zwłaszcza w XIX wieku podczas angielskiej rewolucji przemysłowej, kiedy to statki kompanii przewoziły węgiel z Durham do Londynu. W ostatnich dekadach Stephenson Clarke specjalizował się w przewozach masowych, działając głównie na rynku europejskim, w tym zawijając także do polskich portów.

Jeszcze cztery lata temu, a więc w momencie rozpoczęcia obecnego kryzysu armator posiadał 10 niewielkich statków o łącznej nośności ok. 68 tys. DWT. Trudne warunki rynkowe spowodowały, że flota Stephenson Clarke stopniowo się kurczyła aż do dwóch jednostek pod koniec 2011 roku. 26 lipca 2012 roku kompania sprzedała swój ostatni statek – m/v Newcastle – i tym samym po 282 latach nieprzerwanego pływania na morzach – przestała istnieć.

Rzecznik prasowy Stephenson Clarke powiedział, że firma zaprzestała działalności z wielkim żalem. Zarząd nie miał jednak wyboru : w obecnych warunkach, najgorszego kryzysu od wielu lat i braku perspektyw na co najmniej następne 12 do 18 miesięcy, musiano podjąć decyzję o likwidacji kompanii. Wraz z bankructwem armatora pracę straciło dziewięć osób personelu lądowego oraz marynarze zatrudnieni na ostatnim ze statków. Wynik finansowy Stephenson Clarke za lata 2010-2011 wykazywał stratę w wysokości 2,2 mln dolarów.

Richard Fulford Smith, dyrektor znanej firmy brokerskiej Platou z Londynu stwierdził, że upadek Stephenson Clarke to smutny dzień dla całego narodu brytyjskiego, dumnego ze swoich tradycji żeglugowych. Wskazał również, że inni słynni brytyjscy armatorzy tacy jak Cunard czy P&O wciąż działają tylko dlatego, iż pomocną dłoń wyciągnęli do nich obcy inwestorzy. Czasy są tak ciężkie, iż przetrwają tylko najsilniejsi. Fulford Smith dał również przykład norweskiego armatora Johna Fredriksena, który w obecnym kryzysie, aby ratować swoją kompanię tankowców Frontline, musiał „wysupłać” z zasobów swojego prywatnego majątku 500 milionów dolarów.

Stephenson Clarke to nie jedyna brytyjska kompania żeglugowa, która w ostatnich miesiącach ogłosiła bankructwo. W jej ślady poszedł również Meridian Marine Management, operator z Liverpoolu, który zarządzał flotą 14 statków typu ro-ro.  Jak ogłosiła Rada Nadzorcza spółki : „W obecnej sytuacji rynkowej biznes nie był w stanie komercyjnie się utrzymać i jedynym wyjściem było jego zakończenie, w stosowny sposób”.

Bankructwa dotykają też niestety wielu innych – zwłaszcza małych europejskich armatorów. W większości przypadków ich likwidacja przechodzi bez większego rozgłosu. Plajtują jedno lub kilkustatkowe kompanie niemieckie, których budowa finansowana była przez tzw. Fundusz KG. Podobne problemy przeżywają niewielcy armatorzy duńscy. Na przykład firma THH ze Svendborga w początkowej fazie kryzysu odstawiła sześć swoich statków na trwałe postoje w macierzystym porcie. Jak stwierdził szef kompanii Thomas Hansen, taniej było postawić statki „na sznurki” pozostawiając na nich jedynie pojedynczego mechanika, który wykonywał prace konserwacyjne, niż utrzymywać jednostki w ruchu i – przy niskich stawkach frachtowych – wciąż do nich dopłacać. Ostatnio zarząd firmy, stwierdził, że nie ma perspektyw, aby w najbliższym czasie sytuacja na rynku zmieniła się na lepsze, podjął więc decyzję o sprzedaży statków na złom i całkowitej likwidacji interesu.

W lepszych czasach ratunkiem dla armatorów, którzy stracili płynność finansową były pożyczki bankowe. Niestety, obecnie, kiedy kryzys na rynku żeglugowym zbiega się w czasie z problemami sektora finansowego w większości krajów, na taki bufor ochronny liczyć nie można. Banki wycofują z kredytowania żeglugi, ponieważ także i one w niezbyt optymistycznych barwach widzą przyszłość armatorów. Przekonuje ich tego chociażby sytuacja ich dotychczasowych klientów, którzy z bardzo słabego rynku nie są w stanie spłacać pożyczek na zakupione przez siebie statki, powiększając tym samym bankowe portfele „złych kredytów”. Szokiem dla środowiska żeglugowego była zwłaszcza decyzja, sprzed paru miesiecy, o wycofania się z finansowania żeglugi drugiego pod względem wielkości niemieckiego banku – Commerzbank. Dotychczas instytucja ta była znana z hojnego pożyczania pieniędzy armatorom na ich inwestycje tonażowe. Commerzbank chce jednak wyjść z żeglugi po „dżentelmeńsku”, nie zrywając bynajmniej już podpisanych umów, co mogłoby dodatkowo pogrążyć wielu armatorów. Znacznie ograniczyć kredyty na budowę nowych statków chce również inny czołowy niemiecki bank „armatorski” –  HSH Nordbank.

 

Skomentuj artykuł